Historia teatru

TEATR NA KAMIENNEJ GÓRZE


POCZĄTEK
W dwudziestoleciu międzywojennym nazwę Gdynia znała cała Polska, a echo budowy wielkiego portu i miasta niosło się po Europie i świecie. Państwo, budując infrastrukturę portową i miejską otwierało drogę dla kapitału prywatnego i ludzi interesu, którzy ściągali nad morze. W ciągu zaledwie kilku lat, dzięki funduszom państwowym zbudowano od podstaw największy i najnowocześniejszy port na Bałtyku, a Gdynia stała się morską stolicą Rzeczypospolitej i była najchętniej odwiedzanym miastem w Polsce. Wraz z jego rozwojem zwiększały się potrzeby kulturalne i pojawiały ambicje powołania stałego teatru. Jednak do wybuchu wojny jego siedziby nie zbudowano. Lata międzywojenne to fascynacja rozwojem kina i filmami dźwiękowymi. W Gdyni powstało wiele kin, a część z nich udostępniała swoje sale amatorskim grupom teatralnym lub zawodowym artystom, chętnie przyjeżdżającym nad morze. Z uwagi na braki lokalowe, do przedstawień wykorzystywano kinoteatry „Bajka”, „Czarodziejka”, czy największe z nich „Morskie oko”, usytuowane przy nadmorskiej promenadzie.

Pierwszym wielkim wydarzeniem teatralnym w Gdyni była inscenizacja Księcia Niezłomnego Calderona, w parafrazie Juliusza Słowackiego, wystawiona 22 sierpnia 1972 roku na Kamiennej Górze, przez Teatr Reduta z Wilna. Przedstawienie to przywiózł legendarny Juliusz Osterwa, reżyser i odtwórca roli tytułowej, a na widowni przed pensjonatem „Kaszubia” zgromadziło się pięć tysięcy osób, a więc prawie całe miasto… Widowiska plenerowe cieszyły się dużą popularnością. Już podczas pierwszego Święta Morza w 1932 roku, na nowo wybudowanym Stadionie Miejskim na Polance Redłowskiej, wystawiono Opowieści Bałtyku. Przywiózł je Teatr im. Żeromskiego z Warszawy, a uroczystości uświetnił prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki.

W Gdyni, wraz z amatorskim ruchem teatralnym rozwijało się też życie muzyczne. Znaczną rolę odgrywało Towarzystwo Muzyczno – Dramatyczne Pro Arte, założone w 1928 roku i orkiestra Marynarki Wojennej. Kierował nią kpt. Aleksander Dulin, a częstym gościem w Gdyni był Feliks Nowowiejski, autor Hymnu do Bałtyku i kompozytor opery Legenda Bałtyku. Usytuowana w środku miasta Kamienna Góra z widokiem na morze, czarowała i przyciągała. Leżący u jej stóp Plac Grunwaldzki, miejsce licznych manifestacji patriotycznych, również doskonale nadawał się na koncerty. Tuż przed wojną, 27 lipca 1939 r. dał tutaj koncert Jan Kiepura, a słuchało go „niemal całe miasto” (wówczas ponad studwudziestotysięczne), które entuzjastycznie przyjęło wielkiego artystę. 17 sierpnia 1939 r. amatorski zespół teatralny Marynarki Wojennej wystawił tu Hołd Pruski. Opary był on na pomyśle inscenizacyjnym Iwo Galla, kierownika artystycznego wspomnianej Reduty.

Ostatnią, tuż przed wojną, próbę utworzenia stałej siedziby teatru podjęła osoba prywatna. Rozwój Gdyni pod koniec lat 30 był już tak imponujący, że wiarę w sukces dostrzegła, mieszkająca od dziesięciu lat na Kamiennej Górze Janina Nosarzewska – Adwentowiczowa, była żona aktora Karola Adwentowicza i dawna aktorka Teatru im. Słowackiego w Krakowie. Jako producent i mecenas kultury (w dzisiejszym rozumieniu tych słów) przedstawiła plan działania teatru w Domu Społecznym przy ul. Morskiej, ze sceną obrotową i widownią na 1500 miejsc (!). Obiekt miał być oddany do użytku w listopadzie 1939 r., (pisze o tym Joanna Puzyna w Roczniku Gdyńskim nr 18, 2006). Jednak wybuch wojny zmienił wszystko.

„STODOŁA”
Gdy Niemcy we wrześniu 1939 roku rozpętali II wojnę światową, wysiedlili dziesiątki tysięcy mieszkańców, wymordowali tysiące innych, w tym znaczną część inteligencji. Zagarnęli miasto, do którego ściągali oficerów i żołnierzy, pracujących następnie w bazie Kriegsmarine, zorganizowanej w porcie gdyńskim. W 1942 roku dla nich zbudowali pod Kamienną Górą „Stadthalle” – lokal rozrywkowy z przeznaczeniem na występy rewiowe, w ramach akcji Kraft durch Freude (Siła przez radość). Obiekt z czerwonej cegły miał pospolity kształt „stodoły”, z uwagi na bardzo spadzisty dach. Nie stał on jednak na Placu Grunwaldzkim 1, jak czytamy w różnych źródłach na ten temat. Nie mógł nawet tam stać, bowiem Plac Grunwaldzki od wschodu zamykała ulica Sienkiewicza (czyli wówczas Goebenweg i Wrangelweg). Wiele osób pamięta ten obiekt, gdyż po wojnie był siedzibą różnych teatrów, aż do listopada 1960 r., kiedy to doszczętnie spłonął. Plac Grunwaldzki służył hitlerowcom do imprez propagandowych ze swastyką w tle, tym bardziej, że to miejsce nigdy nie zmieniło swojego charakteru. Oferowało między Kamienną Górą a Skwerem Kościuszki pusty teren, gotów pomieścić w razie potrzeby kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

W marcu 1945 roku, wycofujący się z Gdyni Niemcy z premedytacją zniszczyli całkowicie port wysadzając w powietrze falochrony, nabrzeża, magazyny i dźwigi portowe. W basenach zatopili okręty, zalewając je uprzednio cementem, m.in. pancerniki Schleswig – Holstein i Gneisenau, który osadzili miedzy główkami wejścia do portu. Taki widok przerażał wiele lat po wojnie, nawet gdy port zaczął już funkcjonować, bowiem rumowisko falochronów Basenu Żeglarskiego istniało do końca lat pięćdziesiątych. Gdynia jako miasto szczęśliwie ocalała, dzięki konspiracyjnej postawie swoich harcerzy. Zdobyli oni niemieckie plany systemu obronnego bazy wojennej „Gotenhafen” (jak hitlerowcy nazwali Gdynię), przedarli się przez front i przekazali je Armii Czerwonej. Dzięki tej akcji, znanej pod kryptonimem B-2, podczas walk o Gdynię miasto odniosło stosunkowo małe straty, bo Rosjanie uderzyli w miejsca najmniej umocnione.

TEATR WYBRZEŻE W GDYNI
W Gdańsku stało się odwrotnie, w 1945 roku został spalony i zrównany z ziemią. W tej sytuacji okazało się, że „warunki” do grania nad morzem miała tylko Gdynia. Jesienią 1945 r. w poniemieckiej „stodole” rozpoczął działalność Teatr Miejski Komedia, pod dyrekcją lwowskiej i warszawskiej artystki Heleny Hałacińskiej. Był to jedyny wówczas teatr zawodowy na Wybrzeżu, a pierwszym spektaklem była Moralność Pani Dulskiej. Artystka nie spodobała się jednak władzom i w sezonie 1946/47 dyrekcję tego teatru objął Iwo Gall, zmieniając od razu jego nazwę na Teatr Miejski Wybrzeże w Gdyni. Przywiózł ze sobą zespół, m.in.: Barbarę Kraftównę, Renatę Kossobudzką, Bronisława Pawlika i Ludwika Benoit. Pierwszym przedstawieniem była prapremiera sztuki Tadeusza Gajcego Homer i Orchidea (20.11.1946). Iwo Gall w Gdyni pracował trzy sezony, jego teatr zrealizował 33 premiery i zyskał opinię „najciekawszego teatru w Polsce”. Po utworzeniu w sezonie 1948/49 dwóch nowych scen – kameralnej w Sopocie i Teatru Wielkiego we Wrzeszczu Iwo Gall pozostał w Gdyni, ale w sierpniu 1949 zrezygnował. Nie pokonały go trudne warunki, jakie tu napotkał (ogólna bieda i brak wszystkiego), lecz wprowadzenie w Polsce realizmu socjalistycznego.

Historia Teatru Wybrzeże zaczęła się więc w Gdyni. Dopiero od sezonu 1948/49 oficjalna nazwa teatru zmieniła się na Państwowy Teatr Wybrzeże w Gdańsku, z trzema scenami: w Gdyni – Teatr Dramatyczny, w Gdańsku Wrzeszczu – Teatr Wielki, wspólnie z Filharmonią i Operą Bałtycką i w Sopocie – Teatr Kameralny. W Gdyni miały miejsce legendarne premiery: m.in. Barbarzyńcy Gorkiego w 1953 r. i Tragedia optymistyczna Wiszniewskiego w 1955 r. w inscenizacji Lidii Zamkow, Kapelusz pełen deszczu Gazzo w reżyserii Andrzeja Wajdy w 1959 r. (m.in.: ze Zbigniewem Cybulskim, Edmundem Fettingiem i Zdzisławem Maklakiewiczem), Smak Miodu Delaney w reż. Konrada Swiniarskiego w 1959 r. i Nosorożec Ionesco w reż. Zygmunta Hubnera w 1960 r. W sezonie 1955/56 sceny w Sopocie i Gdańsku oddane zostały do remontu – grano wtedy intensywnie w gdyńskiej „stodole”. Jednak w roku 1958 i ta scena wymagała gruntownej przebudowy. Na okres jej remontu miasto oddało do dyspozycji teatru obiekt przy ul. Bema 26, będący dotychczas salą Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Kolejna prowizorka, w której odbywały się potańcówki i pobór do wojska, została przerobiona na tymczasowe potrzeby sceny dramatycznej. Zbudowano tu więc scenę ze sterownią i zapleczem, podniesiono widownię.

TEATR MUZYCZNY W GDAŃSKU
Doszliśmy do kulminacyjnego momentu – narodzin Teatru Muzycznego, a więc pojawienia się na Wybrzeżu Danuty Baduszkowej, chociaż nie od niej akurat historia się zaczyna. Już wcześniej do Gdańska przyjeżdżał na występy ze swoimi artystami Wacław Śniady, kierownik Operetki Gliwickiej, w której reżyserowała Danuta Baduszkowa. Władzom Gdańska spodobał się i wkrótce powierzono mu historyczną misję. Na mocy uchwały Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej z dnia 28 października 1957 roku utworzono Wojewódzkie Przedsiębiorstwo pod nazwą Teatr Muzyczny w Gdańsku dla „upowszechnienia pełnospektaklowych imprez operetkowych, komedio – muzycznych, wodewili i rewii”. Dyrekcję teatru 1 stycznia 1958 roku objął Wacław Śniady, z zawodu historyk sztuki. Danucie Baduszkowej powierzył funkcję reżysera. Ze Śląska przyjechali razem ze Stanisławem Ptakiem, pierwszym zawodowym aktorem – solistą nowo powstającego zespołu i jego żoną Barbarą. Zespół aktorski i orkiestra zostały skompletowane przez komisję, w skład której oprócz dyrektora i reżysera weszli Zdzisław Bytnar, Wanda Obniska i Henryk Roczyniewski. Zespół i muzyków orkiestry wyłoniono z młodzieży miejscowych szkół muzycznych oraz solistów zespołu estradowego Marynarki Wojennej „Flotylla”.

Ciekawostką jest to, że pierwszy spektakl w dniu 18 maja 1958 został wystawiony w gdańskim Nowym Porcie, w Morskim Domu Kultury. Operetkę Bal w operze na plakacie zaprojektowanym przez Barbarę Ptak, firmował Teatr Muzyczny w Gdańsku. Jeśli się zastanowić, to nie było innego miejsca – gdyńska „stodoła” w remoncie, obiekt przy Bema 26 w przebudowie, zresztą zarezerwowany dla Teatru Wybrzeże, podobnie sceny w Gdańsku i Sopocie. Operetka była traktowana przez recenzentów życia kulturalnego jako coś niższej kategorii, niż teatr dramatyczny. Na scenach Wybrzeża pojawiały się w owych latach poważne tytuły, wspaniali reżyserzy i aktorzy. W Żaku działał od 1954 roku studencki teatr satyry Bim – Bom, który założyli Jerzy Afanasjew, Zbigniew Cybulski i Bogumił Kobiela. Przyciągał młodych artystów, m.in. gdynianina Jacka Fedorowicza, studiującego wówczas w PWSSP w Gdańsku. Kierownikiem Żaka był wówczas Andrzej Cybulski, późniejszy dyrektor Teatru Muzycznego (1979 – 82). W tym samym okresie, w raczkującej wówczas warszawskiej Telewizji Polskiej głównym reżyserem zostaje 25 – letni Jerzy Gruza, prosto po łódzkiej „filmówce”. W pionierskich programach rozrywkowych Małżeństwo Doskonałe i Poznajmy się – obsadza Bogumiła Kobielę i Jacka Fedorowicza, którzy opuszczają Bim – Bom. 25 lat później Jerzy Gruza zostaje dyrektorem Teatru Muzycznego w Gdyni.

PIONIERSKA ERA BADUSZKOWEJ
Wróćmy do Danuty Baduszkowej. Po premierze Balu w operze, którego kierownikiem muzycznym był Karol Stryja, teatr otrzymał dobre recenzje, a zadatki na gwiazdę dostrzeżono u młodziutkiej uczennicy średniej szkoły muzycznej, Longiny Kozikowskiej. Tak zapamiętała Danutę Baduszkową z premiery: - Jest wszędzie, w nastawni i u elektryków, pomaga zmieniać dekoracje na scenie, przybija gwoździe, jest inspicjentem, suflerem, a nawet garderobianą. Warunki są spartańskie. W trzecim akcie, w kompletnych ciemnościach muszę za kulisami zmienić piękną, białą suknię balową na strój codzienny. Garderobianej ze zdenerwowania trzęsą się ręce, gdy odpina te piekielne haftki, których mam tak wiele. Danuta Baduszkowa widząc, że za chwilę spóźnię się na scenę, podbiega i jednym szarpnięciem wyzwala mnie z kostiumu, wciskając natychmiast w następny…

Po drugiej premierze, czyli Orfeuszu w piekle wystawionym 6 sierpnia 1958 roku w Nowym Porcie – operetce gdańskiej, jak nieoficjalnie nazywano ten teatr, zaproponowano nową siedzibę w Gdyni. Oczywiście mającą charakter tymczasowy, czyli budynek przy Bema 26. Funkcjonował tam wprawdzie Teatr Wybrzeże, ale też przejściowo, bo jego główna siedziba – „stodoła” pod Kamienną Górą była w remoncie, który miał lada chwila się skończyć. Remont jednak przedłużał się, więc wspólne użytkowanie skromnego obiektu przez oba teatry trwało nadal. Grający w „Wybrzeżu” na Bema Zdzisław Maklakiewicz w marcu 1960 r. wyreżyserował w Teatrze Muzycznym operę komiczną Paziowie Królowej Marysieńki, a Marian Kołodziej zaprojektował pierwszy raz dla tej sceny scenografię.

W sierpniu remont „stodoły” zakończono i w zmodernizowanym obiekcie pod Kamienną Górą wielka przedwojenna aktorka Mieczysława Ćwiklińska zdążyła zagrać swoją ostatnią rolę w sztuce Drzewa umierają stojąc. Jesienią , z 25 na 26 listopada 1960 roku, gdy miasto spało, teatr zaczął płonąć. Spłonął doszczętnie, w wyniku wadliwej instalacji elektrycznej. Wspólne użytkowanie obiektu na ul. Bema było uciążliwe dla obu teatrów. W 1961r. Teatr Muzyczny funkcjonował przy ul. Bema już samodzielnie, a w 1963 r. przeszedł pod opiekę Miejskiej Rady Narodowej w Gdyni i oficjalnie nazywał się Teatr Muzyczny w Gdyni. Wkrótce zaczęto o nim mówić „teatr Baduszkowej”.

Danuta Baduszkowa, z małymi przerwami podczas których reżyserowała w innych teatrach muzycznych w Polsce, w swoim dokonała rzeczy wielkich. Miała własną wizję nowoczesnego teatru muzycznego, zrywała ze sztampą operetkową, ale nie zarzucała klasyki, bo przecież innego repertuaru nie było. Dla gdyńskiej sceny pozyskiwała od początku do współpracy wybitnych realizatorów. Wprowadziła do repertuaru teatru musicale: w 1965 roku My Fair Lady, w następnym Fantastyczny Rejs i Rinaldo. Do realizacji nowoczesnych sztuk potrzebowała odpowiednich wykonawców, którzy potrafiliby jednocześnie śpiewać, grać i tańczyć. Dlatego już w 1966 roku powołała przy teatrze Studium Wokalno – Aktorskie, jedyne takie w Polsce. W drugiej dekadzie istnienia teatru inspirowała polskich autorów do pisania sztuk muzycznych. Kreowała w ten sposób rozwój nowoczesnego teatru muzycznego i zabiegała o stworzenie wartościowego repertuaru polskiego. Metodami pracy i sposobem myślenia z pewnością wyprzedzała rzeczywistość, jaka panowała w innych teatrach muzycznych…

- Najważniejszy był dla niej teatr – wspomina profesor Andrzej Żurowski. Próby z Danką bywały samym urokiem i koszmarem. Kiedyś coś wystawiamy w telewizji warszawskiej. Danka reżyserowała. Któraś tam w nocy. Jana Jarzynówna, która robiła choreografię drzemie już całkiem jawnie. Lilka Boniuszko i Andrzej Szalawski zataczają się ze zmęczenia, a Danka siedzi przy konsolecie nad stosem niedopałków i z tyrańskim spokojem zarządza kolejnego dubla. Tak, życie Danki, pierwszej damy teatru muzycznego nie było życiem w teatrze. To było życie teatrem.

Gdyńskiemu teatrowi brakowało jednak nowoczesnej sceny, widowni i zaplecza, o tym Danuta Baduszkowa myślała bardzo wcześnie. Zabiegała o nowy obiekt u władz, darzących ją po 25 latach pracy artystycznej coraz większym szacunkiem. Była konsultantem Ministra Kultury i Sztuki. W 1972 roku wmurowała kamień węgielny pod budowę obecnego gmachu na Placu Grunwaldzkim i nadzorowała osobiście każdy etap jego budowy. W międzyczasie w starym budynku przy ul. Bema szkoliła zespół i przygotowywała nowe premiery.

Pod koniec lat sześćdziesiątych do głosu doszło młode pokolenie, słuchające i grające inną muzykę. Mimo, że Danuta Baduszkowa wychowana była w innej estetyce muzycznej – doskonale sobie w tej rzeczywistości radziła. Umiała i chciała słuchać młodych, zwłaszcza tych, traktujących pracę na scenie z pasją – tak jak ona. Jako jedyna w Polsce odważyła się w 1973 roku udostępnić swój teatr zespołowi Niebiesko – Czarni do wystawienia rock – opery Naga. Zespół, założony w Gdyni przez Franciszka Walickiego, po powrocie z USA, gdzie zobaczył musical Hair, zapragnął stworzyć w Polsce coś podobnego. Przez rok poszukiwał sceny, gdzie mógłby wystawić swoje dzieło. W końcu Janusz Popławski, wówczas jedyny gdynianin w zespole, trafił do Baduszkowej. Pamiętam ten spektakl – to była prawdziwa sensacja. Ciekawe, że w oficjalnych dokumentach teatru Naga nie figuruje jako kolejna premiera, chociaż nią była. Znacznie ważniejsze jest to, co zachowało się w naszej pamięci i sercach.

Danuta Baduszkowa pod koniec lat siedemdziesiątych walczyła ze śmiertelną chorobą. Jednak jej niezwykły hart ducha, charakter i osobowość powodowały, że nie dawała po sobie tego poznać i pracowała do samego końca. W surowych murach nowego gmachu zdążyła jeszcze wyreżyserować spektakl dla telewizji. Zmarła 15 grudnia 1978 roku. Pół roku później zainaugurowano działalność nowoczesnego obiektu pod Kamienną Górą, którego powstanie jej zawdzięczmy.

CZAS PRZEŁOMU
Gdynia otrzymała nowy, wspaniały gmach teatralny, zaprojektowany przez architektów Daniela Olędzkiego i Józefa Chmiela z Politechniki Gdańskiej. Gmach był tak wielki, że urbaniści musieli poświęcić na jego lokalizację fragment ulicy Sienkiewicza, którą wjeżdżało się na Kamienną Górę i część Placu Grunwaldzkiego. Równolegle obok budowano Hotel „Gdynia”, więc krajobraz tej części śródmieścia uległ istotnym zmianom.

W lutym 1979 roku władze województwa dyrekcję teatru powierzyły Andrzejowi Cybulskiemu, a uroczystego otwarcia nowej sceny dokonano 21 lipca. Teatr Muzyczny przeniósł się do nowego gmachu i w nim rozpoczął sezon artystyczny 1979/80. Dyrektor od początku podkreślał, że jego teatr nie będzie Broadway’em ani Wiedniem, w repertuarze dominowały więc sztuki polskie. Andrzej Cybulski, chociaż deklarował teatr „rezonansu społecznego” był w trudnej sytuacji. Z jednej strony legenda Baduszkowej i brak doświadczenia z tak wielkim zespołem, z drugiej – napięta sytuacja polityczna w kraju, wkrótce czas narodzin „Solidarności” – a za chwilę kataklizm stanu wojennego.

Działalność i dokonania teatru mierzymy kategoriami artystycznymi, jednak żaden nie funkcjonuje w próżni społecznej i kulturowej. Powinien przekazywać prawdę, piękno i wzruszać widownię. Spektaklem, który spełniał te warunki była wystawiona w grudniu 1980 roku Kolęda Nocka Ernesta Brylla i Wojciecha Trzcińskiego, w reżyserii Krzysztofa Bukowskiego, ze scenografią Mariana Kołodzieja. Zwróciła wtedy uwagę całej Polski na Gdynię i dodała skrzydeł zespołowi artystycznemu. Między sceną i widownią zaiskrzyły pozytywne emocje, poczucie jedności. Poprzeczka oczekiwań na kolejne wydarzenia artystyczne poszła w górę.

Dla Wybrzeża i Gdyni, gdzie wiatr od morza szybko przynosił nowiny ze świata, jedna poruszająca premiera podczas czteroletniej kadencji Cybulskiego to było jednak za mało. Oczekiwano więcej, tym bardziej, że najnowocześniejszy jak na tamte czasy obiekt teatralny w Polsce, z jedną z największych scen w kraju, nie wykorzystywał swego potencjału. Z uwagi na zbyt małą widownię, od początku był też nieekonomiczny, ale kto wtedy budując ten obiekt (i nie tylko ten) myślał o ekonomii? Społeczeństwu i teatrowi na początku lat osiemdziesiątych na wszystko brakowało pieniędzy, ale nawet gdyby się znalazły, cóż były warte i co można było za nie kupić? Z pewnością nie prawa autorskie do współczesnych zachodnich musicali. Natomiast skala możliwości inscenizacyjnych i technicznych w stosunku do poprzedniej sceny była kolosalna.

Największy kapitał, potencjał i siła Teatru Muzycznego w Gdyni tkwiły jednak w jego sprawnym i wszechstronnie wyszkolonym zespole artystycznym, zasilanym co roku młodymi adeptami Studia Wokalno – Aktorskiego. Ten zespół wiedział też, co się gra za żelazną kurtyną. Pancerz polskich sztuk muzycznych, jaki Cybulski musiał teatrowi narzucić, uwierał nie tylko artystów. Andrzej Cybulski poddał się i pod koniec 1982 roku złożył rezygnację, zmuszony do niej przez ówczesne władze stanu wojennego. Zdjęto ze sceny Kolędę Nockę, Uciechy staropolskie i Mahagonę. W teatrze zapanował kryzys.

JERZY GRUZA, ZŁOTE LATA OSIEMDZIESIĄTE
Teatr Muzyczny, który znalazł się pod koniec 1982 roku na zakręcie, potrzebował prawdziwego wodza z autorytetem. Takiego, który wyszkolonych i doświadczonych artystów wyprowadzi z cienia, stworzy atrakcyjny repertuar, odzyska zaufanie widzów i sięgnie po nowe musicalowe zdobycze. Duch miejsca czuwał nad teatrem i zaskoczył wszystkich, bo wkrótce okazało się, że nowym dyrektorem będzie postać wybitna, Jerzy Gruza.

Wielu z nas zastanawiało się dlaczego tak znany, doświadczony i ceniony artysta zdecydował się pracować w Gdyni. Gruza, wnikliwy obserwator naszej siermiężnej rzeczywistości, dowcipnie i mądrze komentujący ją w swoich serialach Wojna Domowa i Czterdziestolatek (do dziś chętnie oglądanych) oraz w programach rozrywkowych i spektaklach Teatru Telewizji – po wprowadzeniu stanu wojennego nie był mile widziany w warszawskiej telewizji, opanowanej przez mundurowych. Pracował jednak tam od jej narodzin, tuż po studiach w łódzkiej „filmówce” i był zbyt ceniony i popularny, aby pozostać bez pracy, więc wysłano go na prowincję, za jaką uważano wtedy gdyński teatr. Warszawska dziennikarka, pytając reżysera, już po kilku jego premierach w Gdyni – „Cóż pana zajęło w teatrze, w którym się śpiewa, tańczy i gdzie na dobrą sprawę o nic nie chodzi? – usłyszała od Gruzy taką odpowiedź: - Czy rzeczywiście o nic nie chodzi? To nie tak. Często tzw. poważny repertuar realizuje się tak, że dopiero o nic nie chodzi. Sądzę, że poprzez inteligentną, ironiczną komedię można częstokroć przekazać więcej prawdy i wzruszeń niż przysmucaniem w tzw. poważnym repertuarze”.

Jerzy Gruza przyjechał do Gdyni w styczniu 1983 roku i był wulkanem energii. Najpierw zrobił przegląd kadr i możliwości zespołu w Madame Sans – Gene Marianowicza i Kisielewskiego. Wykorzystał kunszt aktorski Urszuli Polanowskiej, Józefa Korzeniowskiego i Kuby Zaklukiewicza, a młody, brawurowo grający zespół, prowadzony jego ręką, kipiał entuzjazmem. Później zmierzył się z Pericholą Offenbacha, a więc klasyczną operetką, którą obejrzało 35 tys. widzów. Deklarował zdrowy eklektyzm gatunkowy i kontynuację formuły teatru poszukiwań. W lutym 1984 r. teatr wystawił Widma wg „Dziadów” A. Mickiewicza z muzyką St. Moniuszki, w reż. Ryszarda Peryta, które obsypane zostały nagrodami na Konfrontacjach Klasyki Polskiej w Opolu. Po raz pierwszy teatr muzyczny stanął tam w szranki na równi z teatrami dramatycznymi i osiągnął wielki sukces. To był dopiero początek. Mimo powszechnej biedy, czuło się, że nadchodzą dla teatru lepsze artystycznie lata. Kilka tygodni później Gruza zaskoczył wszystkich Drugim Wejściem Smoka – rodzimym musicalem – kabaretem napisanym przez Andrzeja Korzyńskiego, Stefana Friedmana i Pawła Binke (czyli J. Gruzę). Franek Kimono Story okazał się najlepszą rewią, jak pisał Tomasz Raczek, jaką można było w 1984 r. zobaczyć na polskich scenach.

A przecież minął zaledwie rok od pracy Gruzy w Gdyni. Zespół, który mu bezgranicznie ufał pokazał potencjał i głód sukcesu, co ostatecznie przekonało reżysera, do przeprowadzenia się na stałe nad morze. Nie dało się kierować tak wielkim teatrem „z doskoku”. Ponadto myślał już poważnie o zrealizowaniu w Gdyni arcydzieła musicalu amerykańskiego. Gdy Franek Kimono bawił całą Polskę, Jerzy Gruza przygotowywał się do wystawienia Skrzypka na dachu. Licencję „załatwił” (czyli wyprosił za darmo) u kompozytora Josepha Steina tłumacz Antoni Marianowicz, przyjaciel teatru. Premiera w Gdyni odbyła się 24 listopada 1984 roku, odniosła oszałamiający sukces i od tego dnia teatr był zapraszany przez najlepsze sceny w Polsce i na tournee zagraniczne. Warszawska publiczność biła brawa na stojąco przez 20 minut, a Krystyna Gucewicz w Życiu Warszawy pisała: „Czekaliśmy na to przedstawienie dwadzieścia lat od premiery w Nowym Jorku, gdzie Skrzypek na dachu rozpoczął triumfalny pochód przez cały świat. I warto było czekać. Poczekać na Jerzego Gruzę, Jana Szurmieja, na wszechstronny zespół Teatru Muzycznego w Gdyni, żeby zobaczyć prawdziwie wielką, nie udawaną sztukę musicalu. Powstał spektakl porywający, naznaczony perfekcyjnym mistrzostwem wszystkich komponentów. Spektakl wybitny, choć niby tylko z podwórka lżejszej, rozrywkowej muzy”. W tym przedstawieniu wszyscy artyści zagrali doskonale. Niezapomnianą kreację stworzył Juliusz Berger. Maria Trzcińska zagrała we wszystkich 500 spektaklach, nie opuszczając żadnego, co jest swoistym rekordem.

Polska oszalała na punkcie tego spektaklu. Byłem z zespołem w Krakowie i Warszawie, jako szef reklamy i wydawnictw teatru. Miałem ochotę pokazać warszawiakom, że przyjechała Gdynia. Na Placu Defilad, na wielkiej konstrukcji zarezerwowanej dotąd wyłącznie na portrety partyjnych bożków, umieściłem wykonany na zamówienie w Warszawie, monstrualny jak na owe czasy (9 m x 6 m) plakat Skrzypka na dachu – pierwszy w Polsce billboard i mój pierwszy plakat dla teatru.

TAJEMNICA SUKCESU
Od wielkiego sukcesu Skrzypka zaczęły się wspaniałe sezony. Zespół teatru miał wreszcie wymagającego szefa, któremu wierzył bezgranicznie. Praca z Gruzą gwarantowała sukces i miała sens, więc pracowało się często ponad siły, do skutku. Gruza jako filmowiec miał znakomite plastyczne wyczucie kadru. Jednocześnie umiejętnie wykorzystywał wielką przestrzeń na scenie i był mistrzem scen zbiorowych. Budziła też szacunek jego ogromna wrażliwość muzyczna. To był wszechstronny artysta. Po sukcesie Skrzypka musiały więc przyjść jego kolejne wielkie premiery: My Fair Lady (86), Jesus Christ Superstar (87), Les Miserables (89), Człowiek z la Manchy (91) i Żołnierz Królowej Madagaskaru (91), które ugruntowały bezkonkurencyjną pozycję gdyńskiego teatru jako najlepszej sceny musicalowej w Polsce.

Jerzy Gruza dzięki intuicji w obsadzaniu ról i doświadczeniu reżyserskim umożliwił rozwój artystyczny wielu adeptom Studia Wokalno – Aktorskiego. Za jego kadencji wspaniałe kreacje stworzyły młode solistki: Beata Andraszewicz, Katarzyna Chałasińska, Grażyna Drejska, Ewa Kuculis, Jolanta Mrotek, czy Elżbieta Mrozińska. Wśród solistów talent i klasę pokazali Dariusz Siastacz, Andrzej Śledź i Tadeusz Woszczyński. Wraz z doświadczonymi w bojach musicalowych herosami – Józefem Korzeniowskim, Janem Wodzyńskim, Andrzejem Pieczyńskim, Krzysztofem Stasierowskim, Maciejem Dunalem, Grzegorzem Chrapkiewiczem czy Kubą Zaklukiewiczem – stanowili zespół wyśmienity. Wszystkich nie sposób tu wymienić, ale właśnie ten odpowiedni balans młodości i doświadczenia dawał wspaniałe rezultaty artystyczne.

Czy była jakaś tajemnica tych wszystkich sukcesów? Można powiedzieć, że bardzo prosta – zgodność idei, czasu, miejsca i ludzi. Kiedy te wartości się spotkają, dzieją się rzeczy nadzwyczajne. Ale to zdarza się niezwykle rzadko i niestety nie trwa wiecznie. W kulturze, podobnie jak w sporcie – wielkie zespoły miały wielkich trenerów, wielkie autorytety. W każdej pracy zespołowej działają te same mechanizmy. Doświadczenie jakie Jerzy Gruza wyniósł z wieloletniej pracy w telewizji, gdzie oprócz programów rozrywkowych wyreżyserował blisko 60 spektakli Teatru Telewizji, w tym kilka arcydzieł, jak: Rewizor Gogola, Eryk IV Strindberga, Mieszczanin szlachcicem Moliera, Kariera Artura Ui Brechta – zaowocowało w Gdyni. Mierzenie się z dziełami światowego formatu, odważne i rozważne podejście do wielkiej literatury, poszukiwanie w niej uniwersalnych wartości i współczesnego przesłania, w końcu praca z najlepszymi aktorami i realizatorami w Polsce to była jego kompetencja i kapitał. Klucz do sukcesów na scenie musicalowej opierał się na jego talencie, doświadczeniu, niezwykłej intuicji artystycznej, wyczuwaniu ducha czasów, oczekiwań widowni i autorytecie jakim obdarzał go wielki, utalentowany zespół.

Amerykański krytyk Washington Post, prof. Glenn Loney, po wizycie w Gdyni w 1986 roku nazwał Teatr Muzyczny „Broadwayem nad Bałtykiem”. Zachwycił go rozmach inscenizacyjny, wielki, tańczący i śpiewający zespół, świetna orkiestra. Nie mógł widzieć w jak siermiężnych warunkach, przy bezwartościowej złotówce i niedostatkach techniki osiągano tak wysoki poziom i tą oszałamiającą frekwencję na widowni. Porównanie do Broadwayu było więc ukłonem w kierunku poziomu artystycznego naszego teatru i na tym podobieństwa się kończą. Jak wiedzą znawcy przedmiotu, musicale to także biznes, a ten musi się opłacać. Niestety, w tamtym czasie wykorzystywanie praw ekonomicznych i prawdziwe pieniądze znajdowały się tylko po jednej stronie żelaznej kurtyny.

Z Jerzym Gruzą współpracowałem wiele lat. Dla mnie to niedawne czasy, bo nadal noszę w pamięci i sercu, ale dla młodszych czytelników to już opowiadanie czegoś, czego nigdy nie zobaczą i nawet nie są w stanie sobie wyobrazić. Nie da się bowiem zarejestrować magii i wzruszeń jakie daje teatr oglądany na żywo. A już zjawisko takie jak musical, który działa na widza wszystkimi środkami wyrazu – perfekcyjną grą aktorską solistów, scenami zespołowymi, śpiewem, tańcem czy fenomenalną scenografią – tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć.

Na początku lat 90. gdy Polska zaczęła się żywiołowo zmieniać, Jerzy Gruza był już zmęczony ciągłą walką z brakiem funduszy na nowe, duże realizacje i brakiem wyobraźni decydentów. Artystę pochłoniętego wielkimi ideami zniechęcała coraz bardziej rozrastająca się machina administracyjna i zakulisowe rozgrywki małych ludzi. Odszedł z teatru, chociaż tutaj w Gdyni zbudował dom i zamierzał osiąść na stałe. Wraz z jego odejściem skończyła się kolejna epoka w teatrze.

NOWE CZASY, BEZ TARYFY ULGOWEJ
Dla teatru po odejściu Jerzego Gruzy nastały trudne lata. Gwałtowne pogorszenie sytuacji finansowej, konieczność drastycznej redukcji zatrudnienia, ograniczona możliwość pozyskiwania ciekawych tytułów, spowodowały, że najlepszy niegdyś teatr muzyczny w Polsce znalazł się na krawędzi bankructwa. Tylko jeden tytuł z tego okresu stał się wydarzeniem o randze ogólnopolskiej: Nieszpory ludźmierskie Jana Kantego Pawluśkiewicza, jednak stworzony przede wszystkim siłami artystów krakowskich, który ze względu na wysokie koszty nie mógł zbyt długo utrzymać się w repertuarze. Po półtorarocznym okresie z kierownictwa artystycznego zrezygnował Wojciech Trzciński. W tej sytuacji właściciel teatru, Wojewoda Gdański rozpoczął poszukiwania osoby, która wyciągnęłaby teatr z zapaści, a przede wszystkim z długów. Wybrano Macieja Korwina, dyrektora Teatru Powszechnego w Łodzi, artystę z dużym doświadczeniem menedżerskim. Pamiętam rok 1995 i nadzieje jakie wszyscy wiązaliśmy z nowym dyrektorem. Pamiętam też stres jaki w związku z tymi, niemożliwymi do spełnienia w krótkim czasie, oczekiwaniami przeżywał.

Po ustabilizowaniu sytuacji organizacyjnej i finansowej (chociaż w rzeczywistości spłata długów trwała wiele lat) teatr próbował odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Było to zaledwie dziesięć lat temu, ale pamiętajmy, że wtedy właśnie nastąpiła erupcja popularności telewizji, pojawienie się nowych mediów, nowych formatów, nigdy wcześniej niespotykana wolność podróżowania, rozwój i wzrost znaczenia Internetu. Rozpoczęła się rewolucja informatyczna i rozwinęła globalizacja, nastąpiły nieznane u nas wcześniej zmiany kulturowe, związane z komercjalizacją, jak np. zjawisko przeniesienia życia kulturalnego do wielkich centrów handlowych. Obiekty te, uznawane przez część rodaków za substytut instytucji kultury stanowiły i stanowią ogromną konkurencję, choćby z tego względu, że są darmową formą „rozrywki”.

Na początek nowy dyrektor artystyczny wyreżyserował Evitę Andrew Lloyd Webera z kreacjami Doroty Kowalewskiej i Tomasza Steciuka. Przystępując do prób nie wiedział, że zaczynają się także przygotowania do realizacji filmu. Kiedy po dwóch miesiącach od premiery teatralnej, odbyła się premiera filmu, okazało się, że nie tylko nie odebrał on teatrowi widowni, ale wręcz wpłynął na jej zwiększenie. Podobna sytuacja miała miejsce przy okazji premiery musicalu Chicago. Przebojem teatru okazał się Scrooge, z kolejną znakomitą kreacją Andrzeja Śledzia i świetnymi rolami Piotra Gulbierza, Wojciecha Sochy i Anity Urban. Przy realizacji następnych tytułów Korwin podjął współpracę z zachodnimi producentami, dając zespołowi szansę na konfrontacje artystyczne i nowe doświadczenia. Pojawiły się tytuły proponowane przez zachodnie agencje: Szachy, Wichrowe wzgórza, Atlantis, czy Dracula, które znalazły swoich zwolenników w Gdyni, a co ciekawe jeszcze więcej w Europie. Szczególnym przykładem był musical Szachy entuzjastycznie przyjęty w krajach niemieckojęzycznych, który w Gdyni zagrano zaledwie kilkanaście razy. Na zachodzie Europy podobał się świetnie przygotowany zespół profesjonalistów, którym towarzyszyła zazwyczaj piękna scenografia i kostiumy, a na taką wystawę przecież nie każdy teatr stać, nie tylko finansowo, ale i technicznie.

W 1999 roku Maciej Korwin odważył się na konfrontację z legendą rock – opery Jesus Christ Superstar z 1987 roku, w reżyserii Jerzego Gruzy. Jednak wyreżyserowane przez Korwina wersje – plenerowa, a później sceniczna, różniły się znacznie. Nie można wszak wejść dwa razy do tej samej rzeki… Zachwycała jednak plastyka przedstawień, która jest wielkim walorem teatru, posiadającego własne pracownie i doświadczonych fachowców. Atutem nowych spektakli stała się również choreografia Jarosława Stańka, z którym Korwin już wcześniej podjął długoletnią współpracę. I to był strzał w dziesiątkę.

Najciekawsze tytuły w Teatrze Muzycznym w Gdyni w ostatnich latach wiążą się właśnie z młodymi twórcami. Wojciech Kościelniak fenomenalnie wyreżyserował Hair (1999) i Sen nocy letniej (2001). W obu użyczyli swego talentu Leszek Możdżer, jako kierownik muzyczny i Jarosław Staniek jako choreograf. Ten ostatni dał prawdziwy popis swojego kunsztu, reżyserując również głośny Opentaniec, za który otrzymał wraz z teatrem liczne nagrody i tytuł spektaklu roku 2003. Później zrealizował hip hopowy projekt 12 ławek oraz Fame, przyciągając do teatru młodą generację widzów. Staniek był także współreżyserem musicali Atlantis i Chicago oraz jak się dowiedziałem – reżyserem jednej z anglojęzycznych wersji musicalu Hair, którą zespół pokazał na tournee w Szwajcarii w 2004 r. W Gdyni mógł w pełni rozwinąć się jego niezwykły talent. Najnowszy sukces artystyczny Teatr Muzyczny zawdzięcza ponownie Wojciechowi Kościelniakowi, reżyserowi musicalu Lalka.

Większość solistów w innych polskich teatrach muzycznych wywodzi się z Gdyni, ze Studia Wokalno – Aktorskiego. Znakomity pomysł Danuty Baduszkowej z 1966 roku od ponad czterdziestu lat rodzi owoce. To niezwykła rola kulturowa Gdyni i całego Wybrzeża. Tu zostali wyszkoleni i na scenie naszego teatru zdobywali szlify, osiągali pierwsze, a czasem największe sukcesy. Talenty Grażyny Brodzińskiej, Jerzego Jeszke, Tomasza Steciuka, Cezarego Studniaka, Jakuba Szydłowskiego i innych cieszą teraz widzów w głębi kraju i za granicą. Na szczęście mamy w Gdyni ciągle wielu wspaniałych artystów, którzy pokochali to miasto i Wybrzeże, pozakładali rodziny, chcą tu pracować i dzielić się z nami swoim talentem.

Sławomir Kitowski: Historia miejsca, historia sceny. W: Musicale, operetki, wodewile..., Gdynia 2008

Teatr dawniej

  • Partnerzy

  • Partnerzy medialni